Ich kawałki nucą wszystkie pokolenia. Jedni za nimi szaleją, inni ich nie cierpią. Ale nikomu nie pozostają obojętni. Farben Lehre zagrało po raz drugi na olsztyńskich juwenaliach. O playbacku, młodości i Sex Pistols rozmawiamy z Wojciechem Wojdą, liderem zespołu.
— Ponad 20 lat na scenie muzycznej. Od czego się zaczęło?
— W latach osiemdziesiątych jeździłem na koncerty rockowe i zaczęło mi się to coraz bardziej podobać! Byłem niepełnoletni, więc musiałem wyrywać się z domu. Wychowywałem się na ulicy, więc miałem przed sobą wybór: albo zostanę gangsterem, albo muzykiem. Wybrałem to drugie i w związku z tym, dziś się spotykamy i rozmawiamy. Poza tym to u nas chyba rodzinne. Jeden dziadek grał na akordeonie, drugi na skrzypcach, a ja sobie śpiewam.
— Oprócz tego piszesz jeszcze teksty i jesteś organizatorem ogólnopolskiej trasy Punky Reggae Live. Skąd bierzesz na to siłę i energię?
— Z życia, z uśmiechu innych ludzi czy z koncertów, które regularnie wykonuję. Tak naprawdę energię trzeba mieć w sobie, a otoczenie jest tylko po to, aby doładować akumulatory. Wychodzę z założenia, że jeśli robisz to, co lubisz – czas i energia zawsze się znajdą. Pewnego dnia stwierdziłem, że pora wziąć sprawy w swoje ręce i tak zająłem się organizacją trasy Punky Reggae Live. Czasu niestety brakuje. Gdybym teraz dostał taką informację, że istnienie możliwość sklonowania się, chętnie bym skorzystał!
— Spotykasz się z opiniami, że popadacie w rutynę i ciągle gracie to samo? Słuchając waszej ostatniej płyty nie da się ukryć, że jest na niej coraz więcej reggae...
— Opinie tego typu, że gramy ciągle to samo, są najnormalniej w świecie nieprawdziwe, więc niełatwo je komentować. Wystarczy uczciwie posłuchać naszej pierwszej płyty z 1991 roku (Bez pokory) i tej najnowszej z 2009 (Ferajna), żeby zobaczyć jak zespół się rozwijał i dostrzec ewidentne różnice. Nie mówię, iż ludzie, którzy tak twierdzą kłamią. Jednak mogę się założyć, że powtarzają zdania, które ktoś im podsunął, a sami nawet nie słuchali naszych pierwszych płyt. Faktycznie z tezą, że teraz gramy więcej reggae zgadza się połowa naszych słuchaczy. Pomimo tego twierdzę, że teraz gramy bardziej dynamicznie, ekspresyjnie oraz ostrzej niż kiedykolwiek, zaś reggae występuje jedynie w pewnych akcentach i stanowi zaledwie jakieś 20% naszej twórczości. Na pewno nie popadamy w rutynę!
— Jeśli chodzi o inspiracje muzyczne, często w waszych wypowiedziach pada nazwa zespołu Sex Pistols.
— Sex Pistols to kapela, która weszła w świat show biznesu, aby udowodnić, że nie trzeba wybierać między byciem artysta, a byciem sobą, bo można te dwie cechy połączyć. Jako jedni z nielicznych pokazali, że zespół, który staje się popularny, niekoniecznie musi popadać w zmanierowanie i komercjalizację. Dali przykład, że można być w show biznesie i jednocześnie poza nim. Natomiast podstawową ich siłą były muzyka i teksty. Na płytach Pistolsów wszystko się zgadza – brzmienie, melodyjność i energia wykonawcza! Dla Farben Lehre stanowią naturalną inspirację, a dla mnie esencję tego, co zawsze chciałem robić. Wokalista Johnny Lydon vel Rotten to niezwykła osobowość. Czytałem z nim wiele wywiadów i wiem, że ma on dużo ciekawego do powiedzenia na temat życia, ludzi i muzyki. Jego poglądy są mi wyjątkowo bliskie.
— Playback to brak szacunku dla słuchacza, czy może koło ratunkowe w czasie koncertu?
— Z playbackiem na koncertach jest trochę tak, jak z przemocą na ulicy. Jedni biją się, bo lubią. Drudzy robią to dla sportu, a jeszcze inni – mający klej do drewna zamiast mózgu – z czystej głupoty. Ale są sytuacje, kiedy nie da się uciec, w których nie ma już wyjścia i trzeba się bić. Podobnie rzecz wygląda w kontekście playbacku. Jest on zły z gruntu, ale czasem zdarzają się sytuacje, kiedy musisz dokonać trudnego wyboru. My zagraliśmy tak dwukrotnie. Pierwszy raz na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy w Warszawie, na osobista prośbę Jurka Owsiaka. Stanęliśmy przed alternatywą: zagrać z playbacku (tak jak wszyscy wykonawcy tamtego wieczoru), albo olać Orkiestrę i ludzi, dla których jest ona organizowana. Zdecydowaliśmy się na pierwsze rozwiązanie. Tam po prostu nie było czasowych możliwości grania na żywo. Wszystko odbywało się w bardzo szybkim tempie. Jeden zespół wchodził, minuta przerwy i następny występ. Drugi raz zdarzył się we Włocławku, również podczas finału WOŚP. 20 stopni poniżej zera i koncert na dworze. Organizator nie zapewnił wtedy wystarczającego ogrzewania sceny i nie było gwarancji, że sprzęt wytrzyma.
— Zastanawiałeś się kiedyś nad końcem kariery, co musi się stać, żebyś „zszedł” ze sceny?
— Na pewno nie stanie się to wówczas, kiedy będę stary i brzydki, bo to niemożliwe. Kiedyś byłem piękny i młody, a teraz tylko piękny (śmiech)! A tak na poważnie. Jeśli stwierdzimy, że nie mamy nic do powiedzenia, wypaliliśmy się i nie jesteśmy nikomu potrzebni, to wtedy zespół się rozwiąże. Potrafię wyczuć ten odpowiedni moment. Faktem jest, że teraz bliżej mamy do końca niż do początku Farben Lehre.
— Na Kortowiadzie zagraliście po raz drugi. Jak wrażenia?
— Podobało mi się! Graliśmy w życiu koncerty dla 30 osób, ale też i dla 200-tysięcznej publiczności. Mogę śmiało powiedzieć, że Juwenalia olsztyńskie w moim rankingu znajdują się w totalnej krajowej ekstraklasie. Wysoko oceniam też juwenalia w Krakowie, ale Olsztyn traktuję na równi. Poza tym mam sporo miłych wspomnień, związanych z Olsztynem. W tym mieście nagraliśmy dwie płyty, pozytywnie kojarzę kluby Andergrant i Grawitację. Mam duży sentyment do tego miasta.
Rozmawiała Anna Wanago
Więcej o Farben Lehre i innych zespołach, które zagrały na Kortowiadzie przeczytacie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.
— W latach osiemdziesiątych jeździłem na koncerty rockowe i zaczęło mi się to coraz bardziej podobać! Byłem niepełnoletni, więc musiałem wyrywać się z domu. Wychowywałem się na ulicy, więc miałem przed sobą wybór: albo zostanę gangsterem, albo muzykiem. Wybrałem to drugie i w związku z tym, dziś się spotykamy i rozmawiamy. Poza tym to u nas chyba rodzinne. Jeden dziadek grał na akordeonie, drugi na skrzypcach, a ja sobie śpiewam.
— Oprócz tego piszesz jeszcze teksty i jesteś organizatorem ogólnopolskiej trasy Punky Reggae Live. Skąd bierzesz na to siłę i energię?
— Z życia, z uśmiechu innych ludzi czy z koncertów, które regularnie wykonuję. Tak naprawdę energię trzeba mieć w sobie, a otoczenie jest tylko po to, aby doładować akumulatory. Wychodzę z założenia, że jeśli robisz to, co lubisz – czas i energia zawsze się znajdą. Pewnego dnia stwierdziłem, że pora wziąć sprawy w swoje ręce i tak zająłem się organizacją trasy Punky Reggae Live. Czasu niestety brakuje. Gdybym teraz dostał taką informację, że istnienie możliwość sklonowania się, chętnie bym skorzystał!
— Spotykasz się z opiniami, że popadacie w rutynę i ciągle gracie to samo? Słuchając waszej ostatniej płyty nie da się ukryć, że jest na niej coraz więcej reggae...
— Opinie tego typu, że gramy ciągle to samo, są najnormalniej w świecie nieprawdziwe, więc niełatwo je komentować. Wystarczy uczciwie posłuchać naszej pierwszej płyty z 1991 roku (Bez pokory) i tej najnowszej z 2009 (Ferajna), żeby zobaczyć jak zespół się rozwijał i dostrzec ewidentne różnice. Nie mówię, iż ludzie, którzy tak twierdzą kłamią. Jednak mogę się założyć, że powtarzają zdania, które ktoś im podsunął, a sami nawet nie słuchali naszych pierwszych płyt. Faktycznie z tezą, że teraz gramy więcej reggae zgadza się połowa naszych słuchaczy. Pomimo tego twierdzę, że teraz gramy bardziej dynamicznie, ekspresyjnie oraz ostrzej niż kiedykolwiek, zaś reggae występuje jedynie w pewnych akcentach i stanowi zaledwie jakieś 20% naszej twórczości. Na pewno nie popadamy w rutynę!
— Jeśli chodzi o inspiracje muzyczne, często w waszych wypowiedziach pada nazwa zespołu Sex Pistols.
— Sex Pistols to kapela, która weszła w świat show biznesu, aby udowodnić, że nie trzeba wybierać między byciem artysta, a byciem sobą, bo można te dwie cechy połączyć. Jako jedni z nielicznych pokazali, że zespół, który staje się popularny, niekoniecznie musi popadać w zmanierowanie i komercjalizację. Dali przykład, że można być w show biznesie i jednocześnie poza nim. Natomiast podstawową ich siłą były muzyka i teksty. Na płytach Pistolsów wszystko się zgadza – brzmienie, melodyjność i energia wykonawcza! Dla Farben Lehre stanowią naturalną inspirację, a dla mnie esencję tego, co zawsze chciałem robić. Wokalista Johnny Lydon vel Rotten to niezwykła osobowość. Czytałem z nim wiele wywiadów i wiem, że ma on dużo ciekawego do powiedzenia na temat życia, ludzi i muzyki. Jego poglądy są mi wyjątkowo bliskie.
— Playback to brak szacunku dla słuchacza, czy może koło ratunkowe w czasie koncertu?
— Z playbackiem na koncertach jest trochę tak, jak z przemocą na ulicy. Jedni biją się, bo lubią. Drudzy robią to dla sportu, a jeszcze inni – mający klej do drewna zamiast mózgu – z czystej głupoty. Ale są sytuacje, kiedy nie da się uciec, w których nie ma już wyjścia i trzeba się bić. Podobnie rzecz wygląda w kontekście playbacku. Jest on zły z gruntu, ale czasem zdarzają się sytuacje, kiedy musisz dokonać trudnego wyboru. My zagraliśmy tak dwukrotnie. Pierwszy raz na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy w Warszawie, na osobista prośbę Jurka Owsiaka. Stanęliśmy przed alternatywą: zagrać z playbacku (tak jak wszyscy wykonawcy tamtego wieczoru), albo olać Orkiestrę i ludzi, dla których jest ona organizowana. Zdecydowaliśmy się na pierwsze rozwiązanie. Tam po prostu nie było czasowych możliwości grania na żywo. Wszystko odbywało się w bardzo szybkim tempie. Jeden zespół wchodził, minuta przerwy i następny występ. Drugi raz zdarzył się we Włocławku, również podczas finału WOŚP. 20 stopni poniżej zera i koncert na dworze. Organizator nie zapewnił wtedy wystarczającego ogrzewania sceny i nie było gwarancji, że sprzęt wytrzyma.
— Zastanawiałeś się kiedyś nad końcem kariery, co musi się stać, żebyś „zszedł” ze sceny?
— Na pewno nie stanie się to wówczas, kiedy będę stary i brzydki, bo to niemożliwe. Kiedyś byłem piękny i młody, a teraz tylko piękny (śmiech)! A tak na poważnie. Jeśli stwierdzimy, że nie mamy nic do powiedzenia, wypaliliśmy się i nie jesteśmy nikomu potrzebni, to wtedy zespół się rozwiąże. Potrafię wyczuć ten odpowiedni moment. Faktem jest, że teraz bliżej mamy do końca niż do początku Farben Lehre.
— Na Kortowiadzie zagraliście po raz drugi. Jak wrażenia?
— Podobało mi się! Graliśmy w życiu koncerty dla 30 osób, ale też i dla 200-tysięcznej publiczności. Mogę śmiało powiedzieć, że Juwenalia olsztyńskie w moim rankingu znajdują się w totalnej krajowej ekstraklasie. Wysoko oceniam też juwenalia w Krakowie, ale Olsztyn traktuję na równi. Poza tym mam sporo miłych wspomnień, związanych z Olsztynem. W tym mieście nagraliśmy dwie płyty, pozytywnie kojarzę kluby Andergrant i Grawitację. Mam duży sentyment do tego miasta.
Rozmawiała Anna Wanago
Więcej o Farben Lehre i innych zespołach, które zagrały na Kortowiadzie przeczytacie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.






Komentarze
0
pokaż wszystkie komentarze w serwisie
Dodaj swój komentarz